Parafia p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Środzie Wielkopolskiej

PARYŻ 2011

  Katarzyna Jasińska - Kaczor

 

  Leverkusen - Vitré - Paryż 

  Wspomnienia - Dziennik podróży

 

  Zdjęcia:

  M.Buczkowska, K.Jasińska-Kaczor, I.A.M. Łażewscy, W.Sypień

 

 
 20 sierpnia, sobota
 

Pierwszym etapem podróży ma być jednak spotkanie z parafianami ks.Jerzego Gryni, proboszcza w Leverkusen. To z jego zaproszenia skorzystamy, szkoda tylko, że pod nieobecność gospodarza. To tutaj na terenach Nadrenii-Westfalii działa od ponad półwiecza Polska Misja Katolicka  i polskojęzyczne duszpasterstwo.

Długa, ale prosta droga na zachód, postoje i pierwsze „ogonki” do toalet… nic w porównaniu z tymi pod Wieżą Eiffela czy w Louvrze, jak się później okaże…

Późne popołudnie, godz. 18 00, dojeżdżamy do Leverkusen. Z placu pod kościołem   ( Johannes Popitzstr. 3a) zabieramy ze sobą dwoje Polaków ( małżeństwo), którzy w roli przewodników powiozą nas do centrum Kolonii, by jeszcze w wieczornym słońcu pokazać słynną katedrę nad rzeką Ren. Katedra Św. Piotra i NMP to siedziba arcybiskupstwa od 313 r., największy i najważniejszy kościół niemieckiej Kolonii, jest także centrum turystyki i pielgrzymstwa, dlatego takie pod nią tłumy. Zaskakujące, ile języków słychać wokół! Mieszamy się z tłumem, ale staramy się nie zgubić.
   
Co śmielsi i mniej zmęczeni podejmują trud wdrapania się na 157 m wieżę po ponad 500 stopniach i jak dawni średniowieczni pielgrzymi pokonują ziemską słabość. Przedtem jednak podziwiamy monumentalne wnętrza kościoła, drewniane ołtarze z XIV wieku i wspaniałe witraże. Stojąc naprzeciw jednego z nich, w bocznej nawie, czujemy się zaszczyceni śpiewając „Gaude Mater”…
   
Piwo ufundowane na Fish Markt przez proboszcza Grynię i widok Renu  rekompensują niektórym trudy wspinaczki, poprawiają kondycję.
Opieszale schodzimy się pod katedrą, by udać się na nocleg.
W Leverkusen jesteśmy około 21 00, znów pod Kościołem Polskiej Misji, tym razem witani przez polskie rodziny, jak się okaże w większości ze Śląska. Rozjeżdżamy się do gościnnych domów, by prowadzić nocne Polaków rozmowy…Niektórzy, w tym kierowcy autobusu, udadzą się w nieco dalszą podróż do Remscheid ( tam także są parafianie ks.Jerzego).
Serdecznie przyjęci, przekonujemy się tu na niemieckiej ziemi, co znaczy polska gościnność. 
 
21 sierpnia, niedziela
 
Zaskakuje nas deszcz. Pakujemy rzeczy i wymieniamy prezenty, żegnamy polskie rodziny z Leverkusen i Remscheid, ale tylko na czas mszy św. Nasz występ ma być formą podziękowania za serdeczne przyjęcie.
9.30 – początek mszy w kościele Polskiej Misji Katolickiej pw. Ducha Św. Śpiew chóru: „Gaude Mater” „ Moja piosnka” na początek, powitanie i przedstawienie chóru przez dyrygenta; nasz udział we mszy i solówki Moniki Buczkowskiej („Ave Maria” „Panis angelicus”) wywołują wzruszenie i życzliwe zaciekawienie na wielu twarzach. Na ostatni osobisty kontakt z gospodarzami będzie czas po mszy w domu parafialnym, w którym jeszcze raz zabrzmi śpiew chóru, ale już nieoficjalnie. Wymieniamy adresy, numery telefonów i serdeczności.
Żegnamy niemiecką Polonię, obiecujemy podtrzymać kontakt. Chóralne suknie i garnitury lądują w bagażowej komorze autokaru ( niektórym za przebieralnię posłuży budka telefoniczna) : ) 
Notujemy w pamięci dalekie od sztampy, lekkie w formie kazanie księdza, który mówiąc o życiu rodzinnym formułuje 10 nowych przykazań dla małżonków jako „wybitny znawca problematyki”. Te same słowa usłyszymy jeszcze raz w pobliskim Remscheid  o 12.00. Tu kolejna msza w podziękowaniu dla organizatorów naszego pobytu. Repertuar także ten sam, tylko organy trochę nieposłuszne, „trudne”„- mówi dyrygent.
Przed nami baaaardzo długa droga do Vitré, z którym bliźniacze kontakty utrzymuje Środa. Wieziemy prowiant, i radość ze spotkań z Polakami w Leverkusen. Ruszamy w drogę o 13.30, jak się okaże z przygodami, których w scenariuszu nie było… Pęknięcie poduszki powietrznej powoduje, że chcąc nie chcąc uczestniczymy w operacji przy lewym przednim kole… podróże kształcą. Umorusany kierowca nie traci równowagi i poczucia humoru, więc i nam nie wypada. Przymusowy piknik niedaleko belgijskiej granicy jest okazją do odświeżenia repertuaru… 
   
   
Jeszcze tylko 15 godzin do Bretanii! Nocą „zwiedzamy” północną Francję, a kondycję poprawiamy na niewielkim placu zabaw na kolejnym postoju. Tu gimnastyka, fitness pod okiem instruktorki Iwony Łażewskiej dobrze niektórym zrobi. ( Panowie stoją obok)
O 4.30  grzecznie i pokornie ustawiamy się w ogonku po nocleg ( klucze do pokoi) w  hotelu „La Grenouillère” w Vitré; wymieniamy uśmiechy z jego właścicielem i krótkie „bonjour monsieur”. Na więcej nas nie stać o tej porze… to już przecież nowy dzień 
 
22 sierpnia, poniedziałek
 
Krótki był ten pierwszy sen na francuskiej ziemi… i bardzo słodkie śniadanie á la française… Jak się później okaże, słodyczy nam już od tej pory nie zabraknie…
Czas na pierwsze rozmowy dyrygenta z przedstawicielami lokalnych władz z Komitetu Miast Bliźniaczych ( Vitré utrzymuje przyjacielskie kontakty z ośmioma miastami, od 1995 r także ze Środą).
Poranek jest deszczowy, a zatem rozwijamy kolorowe parasole i odkrywamy uroki średniowiecznej części miasta, wąskie, kamienne uliczki. Vitré, jak się dowiadujemy z przewodnika, jest jednym z najpiękniejszych zabytkowych miast Bretanii; w dawnych czasach strzegło wejścia do tej krainy i pełniło funkcję cytadeli.
   
Po 13.00 wracamy autokarem do centrum miasta, by z francuską, ale mówiącą po angielsku, przewodniczką zwiedzić najstarszą część miasta. Doskonale w roli tłumacza języka angielskiego i II przewodnika wypada nasz Dyrygent.
Poznajemy tajniki budowania domów „en bois”, czyli połączenia drewnianych bali z kamieniem, tak typowe dla Bretanii. Liczne w tej części miasta domy zbudowane są właśnie przy pomocy tej technologii. Kamienna, dość masywna jest tutejsza Katedra Notre-Dame. Zupełnie baśniowo prezentuje się zamek z ostro zakończonymi wieżami, krytymi szarą dachówką. Jesteśmy chyba jedyną grupą zwiedzających miasto, pogoda wypłoszyła mieszkańców i turystów.
   
Muzeum historii lokalnej da nam schronienie przed dużą ulewą, która właśnie przechodzi nad miastem. W deszczu udajemy się na próbę do pobliskiego Châtillon.
Zasłużony, pierwszy ciepły gotowany posiłek po trzech dobach podróżowania. Ku naszemu zaskoczeniu, wcale nie żabie udka, tylko nóżka kurczęcia z fasolką.
Wieczorny koncert przy akompaniamencie burzy, rozpoczyna Pan J.P. Robin przedstawiając Chór i Dyrygenta Przemysława Piechockiego, ma jednak problem z wypowiedzeniem Jego imienia i nazwiska. W wypełnionym wnętrzu kościoła w Châtillon twarze wpatrzonych w nas ludzi, z którymi w czarujący sposób porozumiewa się dyrygent. Koncert wywołuje poruszenie i aplauz na stojąco.
„C\'était magnifique” – powie jedna z dam.
Po koncercie jeszcze jedno oficjalne spotkanie z przedstawicielami merostwa oraz wspomnianego Komitetu; przemówienia i podziękowania złożone w naszym imieniu przez Panią Marię Plutowską. Przy lampce szampana i lokalnych galettes (naleśnikach z razowej mąki) i ciasteczkach rozwiązują się języki. Nagle większość uczestników odkrywa w sobie lingwistyczne zdolności.
 
23 sierpnia, wtorek
 
Pora rozstania z bretońskim Vitre i organizatorami naszego pobytu. Żegnają nas osobiście m. in. pan Robin, właściciele hotelu, przyzwyczajeni do obecności Polaków w tych stronach. Jeszcze tylko ostatnie uprzejmości i wspólne zdjęcia pod autokarem. Trzykrotne „oświadczyny” dyrygenta na melodię „Miła moja, ty jesteś moim przeznaczeniem…” (który to już raz - dop. admin) przyjęte serdecznie przez Francuzów. Obiecujemy podtrzymać kontakt.
Najbliższa droga wkoło do Paryża prowadzi przez Mont St.Michel, leżące na skraju Normandii opactwo benedyktynów, największą atrakcję turystyczną północnej Francji, słynne miejsce pielgrzymek. Droga do wspomnianego opactwa zajmuje ok. godzinę. Zwiedzamy północny skrawek Bretanii, aż nagle w oddali na horyzoncie wśród pól i zbóż majaczy zarys góry. Dopiero z bliska widać jej ogrom i mnóstwo samochodów na olbrzymim parkingu. Tu po raz pierwszy przekonamy się, co znaczy masowa turystyka. rzeka ludzi, a wśród nich i my. Nie sposób uniknąć tłumu i ścisku.
U nasady wzgórza roi się od sklepików z pamiątkami i restauracji, które podtrzymują dawną tradycję ogołacania pielgrzymów z pieniędzy. Dochodzimy, w prawdziwie pielgrzymim tempie, aż do górnej części, kościoła opackiego widocznego z każdego punktu na brzegu, a po drodze wyłaniają się coraz piękniejsze widoki na zatokę podczas odpływu. Pośpiesznie robimy dużo zdjęć według zasady, że wszystko jest godne uwagi i uwiecznienia. Mont ST. Michel nie jest już właściwie wyspą - łącząca ją z lądem grobla nigdy nie jest całkowicie zanurzona w wodzie i z obu stron obrasta mułem. Jest pochmurno, ale dość ciepło, całość jawi się w różnych odcieniach szarości. Sprawdzamy porę następnego przypływu, możemy być spokojni, nastąpi ok. 13 30. Może trochę szkoda, że już nie będzie nas tutaj…
   
Do Paryża dojeżdżamy późnym popołudniem i w blasku słońca, przez okna autobusu oglądamy stolicę Francji gromadząc pierwsze wrażenia. Mijamy Champs – Elysées, monumentalne pałace i okazałe kamienice tej najpopularniejszej arterii; dojeżdżamy do Łuku Triumfalnego i niespodziewanie jesteśmy świadkami sceny uroczystej defilady.
Nasza chóralna młodzież już w czasie jazdy próbuje odnaleźć w Paryżu  najnowsze trendy w modzie, inni przyglądają się architekturze, niektórzy przyglądając się ulicznym kawiarniom, zawsze pełnym ludzi, marzą o ciepłym posiłku. Autokar, przejeżdżając obok jednej z kawiarenek usytuowanej na rogu ulicy, zostawi trwały ślad naszej obecności: pochylony ku ziemi metalowy słupek, kto wie, czy nie zabytkowy…
Kolacja, którą zjemy w barze szybkiej obsługi (a obsługa egzotyczna, hawajska - a szef znowu na kolanach ?!?! - dop.admin) poprawi wszystkim kondycję. Wystarczy sił, aby po zakwaterowaniu w Hotelu F1, odbyć wieczorny spacer po dzielnicy Montmartre w poszukiwaniu Bazyliki Sacré - Coeur na wzgórzu.
Paryż nocą…  Pod kierunkiem dyrygenta z planem miasta trochę błądzimy ciemnymi ulicami tego „gorszego „Montmartre`u”. Przewodniki piszą, że tu niebezpiecznie…Rzeczywiście nie czujemy się komfortowo, widząc bezdomnych zamieszkujących uliczne skwery, nie reagujemy na zaczepki przesiadujących w otwartych jeszcze lokalach młodych najczęściej „kolorowych” tubylców.
   
Po godzinnym szybkim marszu (jeszcze tylko strome schody) dochodzimy wreszcie do Bazyliki, ale od tyłu. Cudowny widok!!! Panorama Paryża oglądanego ze wzgórza i oświetlona Bazylika w tle, pozwalają zapomnieć o wszelkich bolączkach podróży.
   
 
24-25 sierpnia, środa - czwartek
 
Paryż krok po kroku w jeden dzień… Wędrówkę zaczynamy wcześnie rano od Montmartre`u, dzielnicy artystów, tej samej, którą widzieliśmy wczoraj nocą. Wzgórze robi wrażenie odrębnego miasteczka; dziś przyciąga głównie turystów żądnych wrażeń, takich jak my, idących za przewodniczką. Spoglądamy raz jeszcze na Paryż, rozpoznajemy najpopularniejsze i najsławniejsze miejsca, trochę nie dowierzając, że je zobaczymy z bliska.
   
Bazylika, której biała kopuła jest drugim po Wieży Eiffla najwyższym punktem w mieście, robi szczególne wrażenie oglądana z dołu tarasowych ogrodów. Wchodzimy też do wnętrza, przy wejściu głównym, mijamy posągi Joanny d`Arc i św. Ludwika.
   
Spacerując wąskimi i zacisznymi - w porównaniu z centrum - ulicami Montmarte`u czujemy klimat artystycznego Paryża. W końcu XIX i początkach XX wieku wzgórze było mekką artystów: malarzy, pisarzy, poetów z różnych stron Europy. Podążając ich śladami stajemy na Placu du Tertre, zazwyczaj pełnym ulicznych portrecistów, chyba wyjątkowo o poranku - pustym; mijamy dom, w którym mieszkała i tragicznie zmarła Dalida; fotografujemy się na tle  Bâteau – Lavoir, lokalu, który był przystanią dla całej plejady artystów m.in. Picassa, Modiglianiego, którzy podobno mieszkali tu w spartańskich warunkach.
   
Około południa z autokaru oglądamy słynne bulwary nad Sekwaną i podekscytowani zbliżamy się do Luwru. Piękna, słoneczna pogoda przyciągnęła tysiące turystów, którzy tak jak i my sądzą, że nie wypada nie wstąpić, choćby na chwilę, do jednego z największych muzeów sztuki na świecie. Będzie to krótka, ale jakże intensywna wizyta.
Zwiedzanie rozpoczynamy od słynnej szklanej piramidy przy głównym wejściu, skąd rozchodzą się promieniście korytarze prowadząc do potężnej ekspozycji, której oglądanie mogłoby zająć, jak mówi przewodniczka, aż 8 dni. My w dużym tempie, gęsiego pokonujemy kolejne sale ( historia Luwru, sztuka antyczna, galeria malarstwa ),a na dłużej zatrzymujemy się przy starych znajomych: Nike i Wenus, niedostępnych z powodu tłumu wielbicieli- turystów fotografujących wszystko, co się da…
   
   
   
W pośpiechu, w zgiełku i tłoku spotykamy dzieła tak dobrze znane z albumów i podręczników, wysłuchujemy ekscytującej i barwnej opowieści o historii sztuki … Dokładnie „czytamy„ obraz romantycznego malarza Teodora Gericault „Tratwa Meduzy” i potężnych rozmiarów dzieło pt. „Koronacja Napoleona I”. W galerii sztuki renesansowej zatrzymujemy się w Sali Leonarda, ale trudno o „sam na sam” z Moną Lisą ! Ten niewielki portret żony flamandzkiego patrycjusza otacza głośny, wielojęzyczny tłum gapiów, więc szczęśliwi ci, którzy mogą podejść bliżej, by sfotografować ów tajemniczy uśmiech…?
 
Z galerii już niedaleko do Île de la Cité, na której przyciąga turystów klejnot architektury gotyckiej – katedra Notre- Dame, monumentalny Palais de Justice i piękna Sainte Chapelle z czasów Ludwika IX. Kontynuujemy spacer, stając przed frontem katedry, ale by wejść do środka, czekać musimy w długiej międzynarodowej kolejce. Mamy szczęście oglądać budowlę w blasku słońca i w pełnej okazałości, bo prace konserwatorskie przeniesiono na północną fasadę. Na fotografiach utrwalamy wspaniałą rozetę, galerię królów i Portal Matki Boskiej. Mrok wnętrza katedry kontrastuje ze zgiełkiem i światłem na zewnątrz. Opuszczając plac katedralny spoglądamy ze skweru Vivianiego na południową fasadę z imponującymi łukami przyporowymi i oddalamy się w stronę kolejnego, jednego z najstarszych kościołów- ST.Severin. Czas wolny, nieopodal wyspy, poświęcamy na kupno pamiątek i lekki posiłek. 
   
   
Spacer po Quartier Latin na lewym brzegu rzeki to miła chwila relaksu.
Obszar wokół Wzgórza Św. Genowefy świetnie nadaje się na przechadzkę. Z oddali przyglądamy się Panteonowi, który Ludwik XV wybudował w podzięce Św. Genowefie, patronce Paryża, za ocalenie życia, a rewolucja przekształciła w mauzoleum dla wielkich i zasłużonych ( leżą tu Wolter, Rousseau, Zola, Hugo) Krok po kroku zwiedzamy słynną Łacińską Dzielnicę na lewym brzegu Sekwany (w średniowieczu zamieszkałą głównie przez studentów), z zewnątrz oglądamy monumentalną Sorbonę, przechodzimy przez Ogród Luksemburski z wielką fontanną na środku i mnóstwem rzeźb z epoki, mijamy odpoczywających od miejskiego zgiełku, ale nie możemy się dosiąść… Szpaler drzew, kasztanowce i platany – pierwsze oznaki jesieni, liście pod nogami.
Autokarem dojeżdżamy pod Hôtel des Invalides - z charakterystyczną kopułą krytą szczerym złotem, otoczony licznymi skwerami w stylu francuskim. Staramy się uniknąć napastliwych, czarnoskórych nielegalnie sprzedających pamiątki. Wszystko w pobliżu ma monumentalna skalę. Z rozłożystym kompleksem XVIII wiecznych gmachów Szkoły Wojskowej graniczy Parc du Chaps du Mars, ciągnący się aż do Wieży Eiffla, którą doskonale widać z tego miejsca. Zwiedzamy wewnętrzny dziedziniec Muzeum Wojskowości i wnętrze kościoła Św. Ludwika zbudowanego dla żołnierzy-weteranów. Nie dane nam było wejść do środka, aby zobaczyć majeststyczny sarkofag Napoleona z czerwonego porfiru umiejscowiony we wnętrzu Dôme des Invalides.
   
   
Zmęczeni całodzienną bieganiną posilamy się w znanej jadłodajni i wieczorem udajemy się nad Sekwanę, aby z Bâteau-Mouche jeszcze raz spojrzeć na Paryż o zachodzie słońca. Rejs statkiem to cudowne chwile odpoczynku i okazja do zrobienia zdjęć oraz podziwiania urody budowli stojących wzdłuż brzegów. Wspaniale prezentują się oświetlone mosty i zabytki, a iluminacja na Wieży Eiffla jest jedną z największych atrakcji programu.
 
Najbardziej wytrwali zdobędą się jeszcze na nocną wyprawę pod otoczony gwarem o tej porze Moulin Rouge.
25 sierpnia - ostatni dzień naszego pobytu w stolicy Francji, rozpoczynamy od podróży metrem. Dojeżdżamy do Inwalidów ok. godz. 9 rano ( nazwa stacji) i piechotą dochodzimy do Wieży. Widzimy „Żelazną Damę” z zupełnie innej perspektywy i z bliska.
   
   
Stajemy w krętej kolejce turystów cierpliwie wyczekujących na wjazd i umilamy sobie i innym czas śpiewem. Szef dyryguje, my dzielimy się na głosy i jesteśmy atrakcją dnia. Potem już tylko oczekiwanie na windy prawie do nieba (na ostatni, trzeci poziom i wysokość 274 m) i podróż w górę!
 
 
 
    
Setki twarzy i języków ( Wieża Babel) a na koniec wspaniała zapierająca dech panorama! Srebrny jest w słońcu Paryż i Sekwana jak wstążka! Z podziwem oglądamy trasę naszych wędrówek, szczęśliwi rozpoznajemy większość zabytków - punktów orientacyjnych. 
     
 
Około południa spotykamy się  przed autokarem. Senegalczycy obdzierają nas z resztek pieniędzy i cierpliwości. Do kraju przywieziemy miniaturowe Wieże Eiffla - pamiątki z francuskiej ziemi.
 
Około 13 00 ruszamy w długą drogę powrotną , a będzie do czego wracać! Żegnamy Paryż . Jeszcze tylko rzut oka na Wersal, wielki dziedziniec, pomnik Króla Słońce, pałac z zewnątrz... Czas na ostatnie kadry i do zobaczenia , bo przecież trzeba będzie tu wrócić
   
Wspomnienia spisała  Katarzyna Jasińska – Kaczor